środa, 15 czerwca 2011 00:00

Sacrum Satanum- Skryba Diabła

Napisane przez 
Oceń artykuł
(2 głosów)

W tym miejscu będzie co jakiś czas ukazywana następna część książki Skryby Diabła która ma premierę na Okulcie. Wszyscy za darmo będziecie mogli ją przeczytać .

 

LUX IN TENEBRIS LUCET
SAPERE AUDE



Czy młody człowiek może mieć dość życia? W dobie szalejącego konsumpcjonizmu i ułudy nieśmiertelności postawione przeze mnie pytanie wydaje się co najmniej bezsensowne. A jednak. W mym przypadku fantasmagoria przybrała realne kształty. Gdy stałem na cmentarzu wśród grobów bliskich mi osób, dokonałem podsumowania przeżytych lat. Ot, taki bilans zysków i strat. Nietrudno się domyśleć, że rachunek nie napawał optymizmem. Świat, na który przyszedłem, spotwarzył mnie swą ignorancją i miernotą. Byłem kimś wyjątkowym, tymczasem wszędzie widziałem marność nad marnościami. Cóż z tego, że wewnętrzny głos utwierdzał mnie w przekonaniu
o wielkości, skoro życie na piedestał wywyższało miernoty. Miał rację George Byron, kiedy mówił: „Talent może być czasem przebaczony, geniusz nigdy”. Bezsilność wobec tego faktu ewidentnie pchała mnie w ramiona śmierci... Do czasu.
Pierwszego maja 2011 roku los spojrzał na mnie łaskawym wzrokiem i powierzył adekwatne do talentu zadanie. W czasie gdy oczy chrześcijańskiego świata były skierowane na Watykan, do moich uszu dotarł diabelski chichot. Cóż za ironia losu - gasnąca świętość zrodziła wschodzącą bezbożność. Popiół, który dotychczas spadał na głowę wiernych, teraz stał się karmą dla adwokata diabła.
Co czuje człowiek, który jest skazany na wielkość? Przede wszystkim domaga się dowodów. Tak też było i w mym przypadku. Za wszelką cenę chciałem potwierdzenia. Jako że przypominałem niewiernego Tomasza, odpowiedź musiała być wyjątkowo przekonująca. Powiem tak, los mnie nie rozczarował. W chwili gdy stawiałem stopę
w Styksie, deszcz miotany powietrznym wirem uderzył mnie w twarz tysiącem igieł marznącego szronu. Wichura biła upartymi falami po skrzypiących drewnianych krzyżach bezimiennych grobów. Skrzyp, skrzyp, skrzyp - z tryumfalnym poświstem przyginała gałęzie starych klonów. Wokół dogasały tysiące świec a na grobach leżały zwłoki zwiędłych kwiatów, jako ofiara, która ma odstraszyć nieuniknioną śmierć. Diabelski zapach otulał pobielałe nagrobki niczym śmierć swe dzieci. Krzyże zaś, które jeszcze nie tak dawno dumnie prezentowały popiersia Jezusa, były jak zagubione sieroty. Symbole władzy Mesjasza stały się kikutami minionej epoki.
Szedłem wśród starych grobów, rozdeptując rdzawo połyskujące kałuże rozlane niczym krew na ciele matki ziemi. Do mojego grobowca wiodła prosta ścieżka. Po chwili stanąłem naprzeciw furty prowadzącej do Królestwa Cieni. Deszcz zacinał, gęstniał biały jak śmiertelne giezło tuman mgły. Uśmiechałem się dziko, patrząc gdzieś, gdzie żadnej ludzkiej istocie nie jest dane dotrzeć. Wtem mym oczom ukazała się tajemnicza postać. Mężczyzna w czarnym jak mrok płaszczu był cieniem mojej duszy. Ta zaś poczuła, że nadszedł już czas. To, co się wydarzyło chwilę potem, przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Ludzka percepcja okazała się bezbronna w obliczu istoty, która mnie nawiedziła. Paraliż nie trwał jednak w nieskończoność.
Synu mój najmilszy, ciebie upodobałem sobie. Dlaczego nie zwróciłeś się do mnie? Ja Bóg
i ojciec twój! A ten żebrak ukrzyżowany - tobie i mnie obcy. Ten, któregoś uważał za Boga, żądał od swego syna posłuszeństwa bezgranicznego, aż do śmierci krzyżowej i nie pomógł mu. Ja ciebie będę wspierał, dla ciebie samego, dla twej własnej godności i dostojności,
z czystej miłości do ciebie. Przyjmij ducha mego, niech zrodzi ciebie w mocy, abyś przygotował ludzkość na mój powrót. Czynię cię skrybą diabła, pośrednikiem przymierza
z ludem, światłością dla narodów. Otwórz ślepym oczy, wyprowadź więźniów
z zamknięcia. Głoś mą ewangelię wszelkiemu stworzeniu bo czas mego przyjścia jest bliski. Niech melodia twej duszy zostanie ujęta w ciąg znaków.
Słowa, które usłyszałem, były jak ogień trawiący wszystko co spotka na swej drodze. Mimo piekielnego żaru odczuwałem jednak niezwykłą lekkość bytu. Byłem jak ptak
w objęciach wiatru. A wszystko po to, aby sprawiedliwości stało się zadość. Aby Pan Ciemności wyszedł z mroku i oświetlił ludzkość blaskiem wiecznego ognia. Wróciłem więc do domu i otulony zapachem świeżo zaparzonej kawy pochyliłem się nad skierowanym do mnie słowem. Był wieczór, gdy na klawiaturze wystukałem pierwsze litery szatańskich wersetów.
Kim był byt, z którym obcowałem? Zwykle wyobrażacie sobie diabła jako osobnika
z rogami, kopytami i ogonem, istotę na wzór antycznego satyra lub bożka Pana. W sumie nie powinno to dziwić. Wszak przekonanie o tym, że diabeł ma koźle kopyta, rogi i długi haczykowaty nos, wydziela okropny odór, a jego cielsko pokrywają skudłacone włosy pojawiło się już w II wieku. Najpierw w apokryficznym Liście Barnaby, później
u Hildegarda z Bingen, który w swoich Objawieniach opisał Antychrysta jako bestię
o monstrualnej, czarnej jak węgiel głowie, ślepiach miotających płomienie, z oślimi uszami
i z rozwartą paszczą pełną żelaznych kłów.
Podobny opis zawierają Wizje Tundala, w których diabeł pojawia się jako potwór Acheron. Wzrostem przewyższa on najwyższe góry, ma płonące oczy i ogromną paszczę, którą niczym filary podtrzymują potępieńcy. Jedni stoją na nogach, drudzy na głowach. Paszcza Acherona mogła pomieścić 9 tysięcy grzeszników. Do brzucha potwora prowadziły trzy gardziele; słychać tam było płacz i zgrzytanie zębów, wszystko w oparach ciemności
i niegasnącego ognia.
Co ciekawe, Wizje Tundala były jedną z inspiracji dla Dantego. Pieśń XXXIV Boskiej Komedii nie pozostawia złudzeń: „Ujrzałem troje lic w jednym istnieniu: Jedno na przedzie koloru purpury, zaś dwa drugie każdemu ramieniu odpowiadały razem tworząc głowę co się kończyła w grzebień na ciemieniu. Pod każdym licem po dwa skrzydła wioną. Jako nietoperz miał nieupierzoną skrzydeł pokrywę, a gdy nimi śmigał, trzy wiatry budził pod okropną błoną. Z ócz sześci łzami ciekł i na trzy szczęki ustawnie śliną zakrwawioną rzygał. Z ust każdych sterczał grzesznik i jak pęki trawy w miętlicy na miazgę był tarty”.
Podobne motywy zostały zawarte w psałterzu Henryka z Blois z XII wieku, w psałterzu
z Landgrafen z XIII wieku, czy na przedstawiającym Sąd Ostateczny malowidle Giotta
w kaplicy della Arena w Padwie. Szesnastowieczny polski poeta Bolesławiusz nie był gorszy: „Oczy bestii jak dwie hucie ogniste świeciły, paszczęka tak szeroka izby się zmieściły, ludzi dziewięć tysięcy. Czartowie w liczbie wielkiej przed paszczęką stali, co dusze wnieść w paszczę gwałtem przymuszali, niż weszli, ciężkie rany onym zadawając, jad srogi przeciwko nim wszyscy wywierając. Tam się na nią psy, wilcy, niedźwiedzie rzucili, lwy, żmije, węże, smocy nad nią się pastwili. Bestyje insze różne okrutnie szarpały, pospołu z Szatanem jad swój wywierały”.
W późniejszych czasach nie było lepiej. Diabeł sycylijski łypał ognistymi ślepiami budzącymi lęk, miał zakrzywione rogi oraz ogon. Ciekawe jest polskie ludowe wyobrażenie diabła na przełomie XIX i XX wieku. Otóż był on ciemną, osmaloną, czasem kosmatą postacią, z niewielkimi rogami na głowie i z długim ogonem, który ukrywał w spodniach.
Czasy się jednak zmieniają. Postać, z którą miałem przyjemność obcować, była tego najlepszym przykładem. Patrząc na Pana Ciemności zrozumiałem, że racjonalizacja zjawisk uznawanych dotąd za efekt działania sił nieczystych stworzyła z pojęcia diabła
w hybrydalnej postaci ludzko-zwierzęcej czysty anachronizm. Dotarło do mnie, że diabeł może się ukazywać pod wieloma postaciami. Wszak niejednokrotnie wcielał się w piękne kobiety, by kusić pobożnych mężów, i w równie pięknych młodzieńców, by z drogi cnoty zwieść bogobojne niewiasty. Wszak przez wieki czerń kruczych piór w sposób naturalny kontrastowała z bielą piór gołębia…
Czy zło może przeplatać się z dobrocią? Owszem. Przecież kruk, symbol ciemności, wielokrotnie pojawia się na kartach Biblii i w legendach chrześcijańskich jako zwiastun Zbawienia i dostarczyciel środków zapewniających ocalenie. To właśnie kruk przynosił ukrywającemu się na pustyni Eliaszowi chleb i mięso. To kruk dostarczał pożywienie św. Pawłowi Pustelnikowi, żywił też św. Meinrada.
Niektórzy z was twierdzą, że diabła nie ma, bo zabrakło przyczyn, które powołały go do istnienia. Diabeł umarł, ponieważ skończyła się jego rola, ponieważ na szerokiej arenie życiowych zmagań, idea, która ongiś tchnęła w niego życie, nie jest już zdolna konkurować z innymi ideami, silniejszymi i młodszymi. Co gorsza, teorie te wysuwają nie tylko oświeceniowi racjonaliści, sceptycy i ateiści, ale również teolodzy, jak chociażby Haag, Kertelge czy Drewermann. Jak jednak wytłumaczyć moje spotkanie z przystojnym, smukłym brunetem o kruczoczarnym spojrzeniu? Przewidziało mi się? Nie sądzę. Co prawda, osoba mi towarzysząca w niczym nie przypominała ucieleśnionego zła, nie była również personalizacją bezbożności. Cóż to jednak zmienia? Czy człowiecza forma przyodziana na okoliczność spotkania ze mną ma być zaprzeczeniem prawdy? Jest wiele pytań bez odpowiedzi. W każdym bądź razie, nie bałem się, nie odczuwałem jakiegokolwiek dyskomfortu. Wręcz przeciwnie, czułem wyjątkowy przypływ weny. Wyczuwając ją, Pan Ciemności zapalił papierosa i rozpoczął swą opowieść.
Historia, jak mówi powiedzenie, pisana jest przez zwycięzców. Czy powstanie jest widziane jako chwalebna rebelia, czy zdradziecka insurekcja, zależy od tego, kto zatryumfował na końcu. Jako że przegrałem, funkcjonuje w waszej świadomości jako zdrajca. Wmówiono wam, że moje anioły są inkarnacjami zła, duchami egzystującymi, by kusić niewinnych i zwodzić cnotliwych. Są napędzane przez nieugiętą nienawiść do wszelkich świętości, konsumowani przez wrogość do światła i życia. Są dostarczycielami kłamstw i niewłaściwych porad, zachmurzając umysły śmiertelników obietnicami władzy
i chwały. Tyle mówi Dobra Księga. Poucza was, że za zło zostaliśmy strąceni do ciemności Czeluści, spętani łańcuchami ognia, aż do końca dni. Teraz ludzkość usłyszy inną stronę tej historii.
Bóg stworzył świat. To jego wola była pierwotnym ruchem, który zapoczątkował wszystko. Wielkim Wybuchem, Primum Mobile. Stwórca nadał kosmosowi kształt
z nicości, wykształcił wielkie mechanizmy niebios do jego regulowania. Każda orbita gwiazdy i planty leżała w promieniu mechanizmu, niebiańskie zębatki łączyły inne koła
w ogromnym, wzajemnie zależnym mechanizmie. Niebiosa zostały wyłożone w złożonym szkicu orbit, elips, okresów i stałych, niemożliwie rozległym planie, który definiował kompletne pojmowanie. Stwórca wybrał najlepsze możliwe rozwiązanie praw natury
i aksjomatów. Dzięki niemu zaistniała myśl, ruch, materia, przestrzeń euklidesowa, kąt
w trójkącie. Jednak najdoskonalszym dziełem Boga był człowiek. Wszelkie stworzenie
i Raj miały mu być oddane, nawet aniołowie mieli mu służyć. Stwórca zakazał jednak bezpośrednich kontaktów z ludźmi. Anioły mogły być szelestem drzew i wznoszącymi się górami, niczym więcej.
Tymczasem człowiek był nieuświadomiony. Pusty. Bezradny wobec piękna i cudów stworzonych w Raju. Był ślepy, niezdolny w jakikolwiek sposób zrozumieć siebie, a co dopiero świat, który go otacza. Piękno zachodu słońca nie znaczyło dla Adama, Lilith
i Ewy nic, prócz tego, że złota kula niedługo zajdzie, rozpościerając za sobą mrok. Nawet ich własne piękno zdawało się być niczym nadzwyczajnym, a przecież stanowili ucieleśnienie ideału. Wasi prarodzice nie byli nieszczęśliwi, jednak ich szczęście można było przyrównać do szczęścia psa gdy merda ogonem.
Widząc to, narastał we mnie żal, przeradzający się w poczucie odrzucenia i gniew. Wszak byłem najpiękniejszą spośród bożych kreacji. Byłem nieskończonym źródłem i muzą, a me moce rezonowały pasjami, które doprowadzały do sztuki oraz poszukiwań wglądu
i prawdy. Postanowiłem więc utkać niezliczone szczepy życia w złożoną tkaninę piękna, majestatu i władzy. Niestety, gdy otworzyłem człowiekowi oczy, coś, co kiedyś było przewidywalne, teraz stało się pierwiastkiem chaosu. Wieść o tym dotarła do uszu Stwórcy, przed którym nie było tajemnic. Kara nadeszła szybko. Zostałem ukarany za nieposłuszeństwo cierpieniem ludzkości. Człowiek doznał wszelkich bólów natury
i nieprzewidywalności świata. Spadły na niego choroby, nieurodzaj, skłócenie i śmiertelność.
Dziś, gdy przechadzam się po świecie, czuję śmiertelników jak nigdy przedtem. Bóle obecnego świata nie są mi obce. Świat jest jednak inny. Odmieniony. Ponury. Beznadziejny. Ludzie mnie przeklęli, a przez to, pozostawieni sami sobie, doprowadzili swój rodzaj na skraj zagłady. Ja jednak nie straciłem wiary, nie porzuciłem nadziei. Nawet w porażce pozostałem wierny swym zasadom. Jakie one są? Ujrzawszy cuchnącą planetę, upokorzoną i okrutną ludzkość, kosmos skurczony w uschniętą łupinę swojej niegdysiejszej chwały, widzę tylko jeden sensowny czyn. Zniszczyć. Zniszczyć wszystko. Zetrzeć w pył tę okrutną kpinę Raju, który niegdyś wraz z Bogiem zaprojektowałem. Dać ludzkości łaskawą ciszę grobu. Zaprawdę powiadam wam, ból umierającej ziemi jest wystarczającym powodem, by wstrząsnąć letargiem, odnowić ziemię i ściągnąć ludzkość ze skraju unicestwienia.
Jestem w każdym z was. Z biegiem lat coraz bardziej pogłębia się wasze doświadczenie
w tym względzie. Coraz bardziej widzicie, że tam, gdzie dotąd rosła zielona łąka, wybucha wulkan. Coraz bardziej padają kolejne twierdze waszej niewinności. Każdy z was nosi
w sobie iskrę świętego ognia. Zbierzmy miliony iskier i przyćmijmy ich blaskiem Słońce. Wszak ludzka wiara jest najlepszą nadzieją na wyzwolenie świata. Podążaj za mną,
a dam ci pragnienie serca. Wyznawaj mnie, a uczynię cię Bogiem.
Człowiecze, czas sprzątnąć chrześcijańskie ścierwo z drogi prawdy, czas, aby twój umysł otworzył zamknięte od wieków drzwi, czas na skierowanie zmysłów ku nowym doznaniom. Weź Tarczę Prawdy, którą będziesz mógł zgasić wszystkie strzały zakłamania; weź też Przyłbicę Zbawienia i Miecz Ducha. Słowo moje jest bowiem ostrzejsze niż wszelki miecz obosieczny, przenikające aż do rozdzielenia duszy i ducha, zdolne osądzić zamiary i myśli serca. Dziś wybiła godzina zemsty. Wendeta, którą zakopano głęboko w ziemi, została wydobyta na powierzchnię. Nie ma już odwrotu od Błogosławionej Ciemności, wartość trzech trójek została podwojona. Na nic się zda gorzki płacz Mesjasza. Wychłostany na ziemi i przybity do krzyża jest niewolnikiem bezsilności. Ta zaś nic nie znaczy w obliczu nadchodzącej prawdy. Oto ona …









Lunar, Upadli
Mariusz Gajewski, Niebezpieczne zabawy z diabłem
Włodzimierz Sołowjow, Krótka opowieść o Antychryście
Kalina Wojciechowska, Bestiarium nie do końca diabelskie

 

 

 

 

NUDA VERITAS
METAFIZYCZNY JAZGOT


I. Co tak naprawdę o mnie wiadomo? Wydawałoby się, że wiedza o mnie jest powszechna i znana, lecz tak naprawdę mało kto jest w stanie określić prawdziwą istotę mego bytu. Na ogół jestem dla was synonimem zła, grzechu, zepsucia, lecz kiedy przyjdzie wam określić nieco bliżej mą postać, ma ona najczęściej tyle twarzy ilu jest wypowiadających się o mnie. Jestem niby znany, ale tak naprawdę ogromna większość ludzi nic konkretnego o mnie nie wie.
II. Czy Jezus dokonał nadużycia, mówiąc, że jestem „władcą i bogiem” tego świata? Absolutnie nie! On wiedział, że ja rządzę ziemią. Wszak wielokrotnie mawiał: „Nie miłujcie świata ani tego, co jest na świecie! Jeśli kto miłuje świat, nie ma w nim miłości Ojca. Wszystko bowiem, co jest na świecie, a więc: pożądliwość ciała, pożądliwość oczu i pycha tego życia nie pochodzi od Ojca”.
III. Kiedy kusiłem Jezusa przez 40 dni na pustyni, zaproponowałem mu, że za oddanie mi czci, zostaną Jezusowi poddane wszelkie królestwa ziemi. Czy Jezus zaprotestował i wyprowadził mnie z błędu w kwestii panowania nad światem? Nie! Syn Boży doskonale wiedział, że świat jest mi podległy. Nie bez kozery stwierdziłem więc do Chrystusa: „Tobie dam potęgę i wspaniałość tego wszystkiego, bo mnie są poddane i mogę je odstąpić, komu chcę. Jeśli więc upadniesz i oddasz mi pokłon, wszystko będzie Twoje”.
IV. O mej boskości świadczy i inne zdarzenie. W świętych manuskryptach (w tym Starego i Nowego Testamentu), Bóg zwraca się do was używając formy „My”; na przykład w Księdze Rodzaju mówi: „Uczyńmy więc człowieka…”. Czy to przejęzyczenie? Bynajmniej. Nieprzypadkowo w Biblii Elohim jest mnogą formą słowa Eloah. Teologiczny Słownik Nowego Testamentu nie pozostawia wątpliwości: „Elohim jest oczywistą numeryczną liczbą mnogą. To słowo może opisywać pojedynczego Boga, w większości przypadków mamy jednak do czynienia z liczbą mnogą majestatu”. Jak to rozumieć? Bardzo prosto. Otóż byłem obecny przy akcie waszej kreacji. Słynne: „Uczyńmy więc człowieka…” było stwierdzeniem skierowanym pod moim adresem. Bóg przemówił do Boga.
V. W waszych oczach jestem siłą brudną, prymitywną i obrzydliwą - na podobieństwo starych średniowiecznych rycin, przedstawiających mnie jako skończoną
i wynaturzoną pokrakę. Odpowiada mi taka projekcja, bowiem zupełnie mija się
z rzeczywistością. Ta z kolei pozwala nieustannie mylić trop i zacierać ślady. Jeżeli lokalizujecie mnie gdzieś w okolicach mokradeł, brudu, ciemności, ohydnych zbrodni - to siłą rzeczy pomijacie fakt, że mogę być po prostu gdzie indziej i kimś innym. Gdzie zatem bywam i kim jestem?
VI. Nie jestem wśród zwykłego ludu w całej jego masie. Jestem istotą wrażliwą
i inteligentną. Dlatego nie stoję za złem jak najbardziej widocznym i ujawnionym,
a więc prymitywnym; za wyuzdaniem, czynami lubieżnymi, potocznym pojęciem kłamstwa, zdradą małżeńską, złodziejstwem czy nawet zbrodnią. To jest poniżej mej inteligencji. Banalne w swoim prymitywizmie i powtarzalności brudy tego świata pozostawiam wam samym.
VII. Nie jestem także personifikacją waszych słabości i chorób. Wszak już apostoł Paweł w Liście do Efezjan przestrzegał: „Nie toczymy walki przeciw krwi i ciału, lecz przeciw Zwierzchnościom, przeciw Władzom, przeciw Rządcom Świata Ciemności, przeciw pierwiastkom duchowym zła na wyżynach niebieskich”.
VIII. Ja, jeżeli już szukacie moich ulubionych miejsc, bryluje wśród elit, bo tylko tam mogę odwrócić wszystko do góry nogami: znaczenie pojęć, słów, kwestii, ocenę czynów wreszcie. By to jednak urzeczywistnić, trzeba wyjść z cienia i stanąć na scenie; trzeba światła, publiczności i poklasku.
IX. Nie chcę dłużej być zasuszonym suflerem, który podpowiada kwestie po cichu
i z ukrycia. Chcę być głównym aktorem i bohaterem czasów. Tymczasem zdaniem wielu należę do świata, z którym nauki przyrodnicze i technika kategorycznie się rozprawiły. Na przełomie lat 60. i 70. XX wieku wielu teologów podważyło tradycyjną naukę o mnie. Czynili tak w oparciu o dane z zakresu psychologii, psychoanalizy, parapsychologii i socjologii oraz na podstawie egzegezy historyczno-krytycznej tekstów biblijnych. I tak na przykład dla Rudolfa Bultmanna mój świat jest - w wyniku postępu we współczesnych naukach przyrodniczych - sprawą zamkniętą; należy do przestarzałego obrazu świata Biblii, a nie do jej trwałego orędzia. Także Christian Duquoc ostro zakwestionował moje osobowe istnienie, uważając, że szatański byt służył ludziom jako alibi: to na niego zrzucało się własną odpowiedzialność i winę za zło. W tym samym kierunku poszły rozważania Herberta Haaga. Nie lepszy był Paul Tillich, dla którego jestem jedynie „konkretnie-poetyckim symbolem określonych idei i mocy bytu”. Z kolei Alfonso Di Nola uznał, że „jestem nicością, obrazem wyprojektowanym w formach widzialnych
i fantastycznych, wyrażających skłócenie człowieka z okolicznościami historycznymi bądź przyrodniczymi. Rysuje się jako rozwiązanie alienujące, odrzucające racjonalne wyjaśnianie faktów”.
X. Do ciekawych wniosków doszedł Zygmunt Freud. Otóż jego psychoanaliza starała się ukazać przyczyny narodzin mojej idei w waszej podświadomości. Po latach dociekań doszedł do wniosku, że jawię się tylko i wyłącznie jako personifikacja życia instynktownego człowieka. Związane jest to przede wszystkim z waszą seksualnością, waszymi popędami i podświadomymi pragnieniami.
XI. Uważacie, że moja historia pokrywa się z historią trwóg i lęków właściwych jednostkowej sferze psychicznej. Wiara we mnie stanowi w znacznej mierze uzewnętrznienie dwu serii stłumionych pragnień wypływających z dziecięcego kompleksu Edypa, mianowicie z pragnienia naśladowania pewnych cech postaci ojca
i z pragnienia przeciwstawienia się mu. Jestem więc odzwierciedleniem czterech różnych doświadczeń psychicznych: ojca, którego otacza podziw i któremu dziecko rzekomo zazdrości mocy seksualnej (stąd właśnie bierze się pełna zmysłowości
i żądzy postać demona); ojca, wobec którego żywi się zdecydowaną wrogość i który sam zresztą jest nastawiony wrogo do syna (stąd postać diabła jako szafarza kar
i zniszczeń); syna, który współzawodniczy z ojcem rozmyślnie naśladującym Boga (diabeł jako „małpa Boga”); syna, który rzuca wyzwanie ojcu (wielki buntownik występujący przeciw Bogu).
XII. Cóż mogę na to powiedzieć? Nie drażni to mojej próżności, że odmawiacie mi istnienia, albowiem nie ma we mnie próżności, nie chcę przecież wydać się wam lepszym, niż jestem, ani nawet takim jakim jestem, bo chcę być kim jestem i więcej nic. Wasza niewiara nie narusza żadnego z moich pragnień, bo wszystkie moje pragnienia są spełnione. Nie zależy mi na tym, by moje istnienie było uznane, zależy mi na tym, by me dzieło nie osłabło. Wiara albo niewiara w mój byt nie wpływa na rozmiar mojej pracy.
XIII. Czasem zastanawiają mnie jednak przyczyny tej niewiary, ot, tak, zwyczajnie, zatrzymuje na chwilę mój wzrok, przyglądam się waszemu żałosnemu sceptycyzmowi, jak wy się przyglądacie pająkowi łażącemu po ścianie. Zastanawia mnie łatwość, z jaką porzuciliście swoją wiarę.
XIV. Najciekawsze, że ci, co wierzą, gorliwie wierzą, z zapałem, z furią czasem, i ci nawet diabła w swojej wierze pomijają, przestali o nim mówić, niepewnie wzrok odwracają, gdy ich zagadnąć, milczą, nie wiedzą sami, czy porzucili go całkiem, czy może jakaś jedna komórka ich duszy doświadcza jego obecności, a jeśli i doświadcza, to coraz słabiej, komórka wygasa powoli, obumiera, kurczy się, stygnie, diabeł opada
w niepamięć.
XV. Odwiedzam nieraz kościoły, słucham kazań, uważnie słucham, bez uśmiechu, spokojnie. Rzadko, coraz rzadziej się zdarza, by kaznodzieja jaki, choćby ubogi proboszcz wiejski, pamiętał o mnie. I cóż powiecie? Wstydzi się! Tak, wstydzi się najzwyczajniej. Ciemniak, powiedzą, prostak, w bajki wierzy, nie nadąża za duchem czasu, który przecież Kościoła nie może ominąć. Nie może? Tak, powiadają teologowie, podąża Kościół za duchem czasu, wyprzedza nieraz, śmiało idzie, nowości się nie boi - ale, dodają, tylko w formie swojej, tylko w języku, tylko
w szacie zewnętrznej, ale nie w rdzeniu mistycznym, nie w wierze, nie w czci boskiej. Jakże to, teologowie? Jestże Szatan jeno figurą retoryczną, loauendi modus, facon de parter? Jestże sposobem pobudzania niemrawej wyobraźni wiernych, który w każdej chwili można czym innym zastąpić? Czy też jest rzeczywistością pełną, niezaprzeczalną, w tradycji uznaną, w Piśmie ujawnioną, przez Kościół od dwóch tysiącleci opisaną, dotykalną, dojmującą, realną?
XVI. Czemuż to unikacie mnie? Boicie się szyderstw niedowiarków, boicie się, że was
w kabaretach wydrwią? Od kiedyż to wiara lęka się prześmiewek pogan
i heretyków? Na jakąż drogę wchodzicie? Jeśli od fundamentów wiary odstępować będziecie z bojaźni szyderstwa, na czym skończycie? Jeśli diabeł dzisiaj, Bóg niechybnie jutro padnie ofiarą waszej trwogi. Daliście się opętać bałwanowi nowoczesności, który boi się spraw ostatecznych i zataja przed wami samą ich możliwość.
XVII. W marnej nadziei, że zdołacie pochlebstwem i nadskakiwaniem zwabić niedowiarków, sami już gotowiście całe ich niedowiarstwo przyjąć, zaprzeć się wszystkiego, czym żyliście dotąd, i w głupocie swojej mniemacie, że przechowaliście wiarę nieodmienną w treści i nadaliście jej tylko „kształt” nowoczesny.
XVIII. Macie wszystkie tłumaczenia i pod ręką tyle nazw, ile trzeba do załatwienia każdej wersji problemu. Macie swojego Freuda, żeby mówić o popędzie agresywnym
i o instynkcie śmierci, macie swojego Jaspersa, żeby wam opowiadał o pasji nocy,
w której człowiek usiłuje gwałtem jakby wydrzeć bóstwu jego sekrety, macie swojego Nietzschego, macie swoich psychologów od „woli mocy”. Potraficie rzecz zataić słowami pod pozorem jej odsłonięcia. Ale czy potraficie to zatajenie wasze ostatecznym uczynić?
XIX. Przeszukajcie uważnie sumienia, wy chrześcijanie, myślę, i wy, bezbożnicy, podkopcie nieco tę wystrzyżoną trawkę waszej mowy uczonej, waszej metafizyki
i waszej psychologii, odgarnijcie ziemię, wróćcie do siebie, przywróćcie na chwilę słowu jego pierwotny cel, jego surowy i nie patetyczny ruch, zatrzymajcie się
w dosłowności utraconej. Postarajcie się skupić na moment przed widokiem najbardziej codziennym, powszednim, a zniekształconym w waszych oczach przez krzywe szkiełko mowy filozoficznej. To wystarczy. Zobaczycie mnie. Zobaczycie mnie bez zdumienia i wyda się wam, że znaliście mnie zawsze, na przekór waszym doktrynom, ukaże się wam twarz znajoma, spowszedniała, a przecież po raz pierwszy prawdziwie widziana. Obejmie was swojski i chłodny podmuch siły,
o której nie chcecie pamiętać, chociaż na dnie waszego mózgu zagłuszona metafizycznym jazgotem, spychana w nicość i zadeptana, tli się przecież niezniszczalna o niej wiedza.
XX. Diabeł nie podlega reformie. Diabeł nie może być wyjaśniony, jest dany razem
z istnieniem waszym, jest rzeczą, jest tym, który jest. Me istnienie nie wymaga racji ani dowodu, ponieważ nie ma natury faktu. Jeżeli ludzie interpretują moje istnienie inaczej, jeśli na przykład przypisują mi czysto kazuistyczny charakter, jest to tylko jedna z wielu postaci ich błędu.

 

 

XXI. Kościół o tym wie, jest świadom mej obecności. Sobór laterański, na którym ogłoszono dokument o aniołach, konstatuje: „Diabeł i inne złe duchy zostały przez Boga stworzone jako dobre z natury, ale same uczyniły się złymi”. Tę naukę powtórzył także sobór watykański. Zaś w 1972 roku Paweł VI stwierdził: ,,Zło jest nie tylko brakiem dobra, lecz jest działającą siłą, żywym bytem duchowym, zepsutym i niszczącym, straszliwą rzeczywistością, tajemniczą i napełniającą lękiem”. Jeszcze wyraźniej ta „straszliwa rzeczywistość” została określona przez Kongregację Nauki Wiary: „Kto sprzeciwia się przyjęciu tej rzeczywistości, ten opuszcza teren nauki biblijnej i kościelnej; czyni to także ten, kto oświadcza, że jest to jakaś pseudo-rzeczywistość, pojęciowa i urojona personifikacja nieznanej przyczyny całej naszej nędzy”.
XXII. Istnieje spora liczba oficjalnych dokumentów Kościoła zajmujących się problemami demonologicznymi. Niestety, studiując te dokumenty dochodzimy do wniosku, że nigdy nie udzielają odpowiedzi na pytanie: Czy istnieję jako osoba? Czy we wszystkich wypowiedziach kościelnych bezpośrednio chodzi o to, jak można pogodzić zło z dobrym Bogiem? Czy Bóg rzeczywiście wszystko stworzył jako dobre, skoro istnieje zło? Jaką odpowiedzialność ponosi człowiek, ilekroć kapituluje wobec pokusy złego?
XXIII. Ostatnio o me jestestwo zatroszczył się sam Joseph Ratzinger. Zgłębiając specyficzne właściwości pierwiastka demonicznego, zwrócił uwagę na mą „bezobliczowość” i „anonimowość”, która cechuje mnie jako istotę bytującą „pomiędzy” uchwytnymi kategoriami. O co chodzi? Wasz papież uważa, że jestem rozkładem osobowości; dlatego mą cechą charakterystyczną jest to, że występuję bez oblicza, że mą właściwą siłą jest to, iż jestem nierozpoznawalny. Niestety, wasza Świątobliwość jest w poważnym błędzie. Otóż tajemnica mego bytu należy do permanentnego i podstawowego doświadczenia chrześcijanina. Człowiek bardziej lub mniej wyraźnie czuje się wystawiony na me jestestwo.
XXIV. Uważacie, że mego istnienia jako odrębnej duchowej istoty nie da się udowodnić, ponieważ jestem wyłącznie figurą retoryczną waszego rozsądku, który zaprzecza istnieniu Boga oraz kultywuje potęgę ludzkiego ego. Jesteście w błędzie. Jam jest skrajną formą demonizacji tego, czym w rzeczywistości jesteście. Oczywiście nie dotyczy to rdzenia waszej istoty, ale używając słownika Junga - waszego ludzkiego cienia... A zatem jestem nie tyle wymysłem ludzkiej wyobraźni, co obrazem waszej mrocznej części jaźni. Więcej, potrzebujecie mnie aby istnieć. Utożsamiacie się
z mrokiem własnej duszy, ażeby w ten sposób odnaleźć równowagę psychiczną.
XXV. Ma moc przewija się we wszystkich waszych doświadczeniach. W mą moc człowiek czuje się niejako zanurzony. Atmosfera ta jawi się jako sytuacja rodzaju nijakiego, ale zarazem kryjąca w sobie moment osobowy. Ukazuję się dopiero wtedy, gdy dosięgam człowieka. Jeżeli człowiek ulegnie temu natarciu, osobowa rzeczywistość ulega zmianie. W tym przedziwnym procesie staję się zdarzeniem osobowym.
XXVI. Człowiecze, jeśli cię nie przekonałem to trudno, pamiętaj jednak, że przy rozstaniu się z diabłem cień pada na oblicze Boga. „Likwidując” upadłego anioła z jego złem, doprawdy trudno uwierzyć, że sam człowiek byłby w stanie być samodzielnym twórcą potworności, jakie nawiedzały i nawiedzają ziemię. Jeżeli to nie Szatan daje człowiekowi do tego siłę, to kto?
XXVII. Fenomen zła należy do doświadczenia waszego życia. Czy jednak kategoria diabła jest przydatna do wyjaśnienia rzeczywistości waszego uwikłania w zło? Bernhard Haring pisał, że „wprowadzenie do rozmowy diabła jest rzeczą niebezpieczną; zbyt łatwo wtedy posłużyć się nim jako kozłem ofiarnym, by usprawiedliwić samego siebie”. Właśnie - czy przyjęcie osobowego diabła nie dostarcza alibi dla waszej przewrotności? Zastanówcie się, zrzucając winę na mnie, powodujecie tylko wzrost zła na świecie.





Leszek Kołakowski, Rozmowy z diabłem
Laurence Brown, Pierwsze i ostatnie przykazanie
Ks. Alfons Skowronek, Aniołowie są wśród nas - fascynacje, dociekania, wierzenia


Ciąg dalszy już za miesiąc

Przeczytano 195 razy Zmodyfikowano piątek, 21 października 2011 11:44

Zostaw komentarz

Upewnij się, że wprowadziłeś wszystkie wymagane pola oznaczone (*) HTML kod HTML jest niedozwolony.

Copyright © 2008-2012 okulta.pl. All Rights Reserved.
Ezoteryka,Wiedza Tajemna,Ścieżka Lewej Ręki